Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 kwietnia 2014

Holy Banaras

Banaras (Varanasi, Kashi) – to najświętsze miasto w Indiach i jedno z najstarszych nieprzerwanie zamieszkanych na świecie – miasto świateł i eliksiru nieśmiertelności, siedziba Shivy i miejsce, gdzie pobożni hindusi przyjeżdżają umrzeć, aby przerwać cykl wcieleń i osiągnąć nirvanę. Najbardziej hinduskie i prawdziwie muzułmańskie; dynamiczne i zatrzymane w czasie; czyste i ohydnie zbrukane; spokojne i pulsujące chaosem. Fascynujące. Od niepokojącego wiodku płonących stosów i przerażajacego spotkania z bykiem na wąskiej klaustrofobicznej uliczce, do przestrzni Gangesu i pustki po drugiej stronie. 
Po długiej przerwie, pojechałem tam po raz trzeci i nadal pozostaje dla mnie najbardziej niezwykłym miejscem w Indiach.

Święta rzeka Ganga przyciąga do Banaras pielgrzymów z całych Indii

Kąpiel w Gangesie zmywa grzechy i pomaga spełnić życzenia

Wieczorny ceremoniał arthi - Ganga puja - na brzegu Gangesu

Wierni oddają cześć świętej rzece

Ghaty - zejscia do rzeki - nocą

Okazuje się, że Banaras jest też silnym ośrodkiem sufizmu - mistycyzmu muzułmańskiego

Koncert qawalli - sufich - przy jednej ze świątyń w Banaras

Adepci jogi z pobliskiego aśramu o świcie

Poranna kąpiel w Gangesie

Podróż łodzią wzdłuż miasta o wschodzie słońca- bezcenne

Przy głównym ghacie - Dasashwamedh Ghat

Varanasi

Poranne kąpiele

Grupa pielgrzymów z południa Indii na specjalnej ceremonii

Meczet Aurangzeba górujący nad miastem

Widok Banaras z góry (z meczetu)

Niebezpieczna wymijanka na uliczce

Varanasi ma chyba najwyższy współczynnik świętych krów na jednego człowieka

środa, 2 kwietnia 2014

Taniec demokracji

W przyszłym tygodniu rozpoczyna się największe ćwiczenie demokratyczne świata. W poniedziałek, 7 kwietnia pierwsi spośród 814 milionów Indusów uprawnonych do głosowania ruszą do urn żeby wybrać 543 przedstawicieli do niższej izby parlamentu Lok Sabha i zadecydować, kto będzie nimi rządził przez następne 5 lat. Tylko liczba młodych wyborców, którzy mogą zagłosować po raz pierwszy przekracza 120 milionów. Dla porównania, druga największa demokracja – USA – ma nieco ponad 300 milionów obywateli i pewnie nieco ponad 200 milionów wyborców. Wybory do Parlamentu Europejskiego, przewidziane na 25 maja, obejmują tylko nieco ponad 500 milionów osób.

Zorganizowanie prawidłowego głosowania dla takiej masy ludzi jest samo w sobie nie lada wyzwaniem. Dlatego wybory w Indiach potrwają ponad miesiąc  i odbędą się w 9 turach w różnych częściach kraju. Ostatni dzień głosowania przypada 12 maja, a ostateczne wyniki będą znane cztery dni później. Przygotowanych jest około 930,000 lokali wyborczych i 1,8 miliona elektronicznych urządzeń do głosowania (EVS) wykorzystywanych w Indiach zamiast tradycyjnej papierowej karty do głosowania. Organizacja wyborów ma kosztować około 35 miliardów rupii (ok. 600 mln dolarów), a partie polityczne planują wydać na kampanie 5 miliardów dolarów.

Nie dziwi więc, że kraj ogarnęła gorączka wyborcza. Wszystkie programy telewizyjne i gazety skupiaja się tylko na tym temacie oferując oddzielne cykle pod specjalnymi tytułami: „Festiwal demokracji”, „Taniec demokracji”, „Głos miliarda” itp. Politycy przemierzają kraj na kolejne wiece wyborcze, a tysiące aktywistów i wolontariuszy rozgłasza przesłanie swoich przywódców na lokalnych spotkaniach z wyborcami.  Organizacje pozarządowe organizują koncerty, akcje i kampanie mające przekonać Indusów, że ich głos ma znaczenie.

Sama jakość kampanii wyborczej nie rózni się zbytnio od tej znanej w Polsce. Politycy koncentrują się raczej na wymianie personalnych ciosów, obrzucaniu błotem, rzucaniu ogólnych haseł, a nie tłumaczeniu własnych programów. Kongres Narodowy straszy powrotem do religijnych pogromów jeśli władze przejmie nacjonalistyczna BJP. BJP obwinia z kolei Kongres o wpędzenie Indii w kryzys gospodarczy. Partia Zwykłego Czlowieka, AAP, oskarża i Kongres i BJP o korupcję i promowanie „kapitalizmu kolesi”. Inne partie zarzucaja AAP brak doświadcznia i tani populizm.


To mają być przełomowe wybory, ale bardzo trudno przewidzieć jakie przyniosą wyniki. Na razie na czele wyścigu do fotelu Premiera Indii prowadzi Narendra Modi, premier stanu Gujarat i lider BJP, ale do 12 maja dużo się może jeszcze wydarzyć. Zresztą w kraju tak ogromnym i zróżnicownym jak Indie rzadko kiedy prognozy wyborcze się sprawdzały i zawsze możliwa jest jakaś niespodzianka. Jedno jest pewne: to będą nie tylko największe, ale i najciekawsze wybory w historii. 
akcja promująca udział w wyborach



lokalny wiec Aam Admi Party - Parti Zwykłego Człowieka

zwolennik AAP


Prawdopodobnie następny premier Indii - Narendra Modi - patrzy z większości przystanków autobusowych


niedziela, 30 marca 2014

Paharganj - Brama Indii

Historyczna Brama Indii (India Gate) stoi na nabrzeżu w Mumbaju, druga – równie majestatyczna – domyka reprezentacyjną drogę królewską (Rajpath) naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego w Delhi. Jednak faktyczną bramą do Indii jest Paharganj – dzielnica tanich hoteli i restauracji, położona przy głównym dworcu kolejowym – New Delhi Railway Station.



To tutaj kieruje swoje piewsze kroki większość backpackersów lądujących na delhijskim lotnisku, tu trafią w końcu turyści podróżujący po Indiach, w oczekiwaniu na przesiadkę do Varanasi, Rishikeshu czy Amritsaru. To jedno z niewielu miejsc w Delhi i pewnie w ogóle wśród wszystkich stolic świata, gdzie ciągle można wynająć dwuosobowy pokój za 25 zl (500 rupii). Tu można zjeść indyjskie thali lub masalę dosę za 2,5 zł (50 rupii) i zaopatrzyć się  we wszystkie pamiątki, ciuchy czy inne potrzebne sprzęty po najlepszych cenach.



Paharganj, wyjątkowo jak na Indie, nigdy nie zamiera, choć po godzinie 22 nieco przysypia. Jeszcze późną nocą można ciągle zjeść omleta od ulicznego sprzedawcy czy kupić papierosy czy wodę od chłopaka trzymającego straż przy swoim małym straganie. Ci, których żołądki przestały współpracować z indyjskim jedzeniem, znajdą w tutejszych restauracjach banana pancakes, owsiankę, spaghetti, lasagne, w ogóle szeroki wybór potraw izraelskich, meksykańskich czy tajskich – znak, że Paharganj dołączył do globlnej sieci turystyki backpakerskiej (z plecakiem). Wieczorem można wypić piwo w jednej z rastaurcji na dachach hoteli i wymienić się doświadczeniami z Hampi, Ladakhu, albo dalej - z Laosu, Tajlandii (itp.) z innymi odkrywcami Azji.





Liczne biura podróży i punkty informacji turystycznej pomogą kupić bilety na autobus do Manali czy lot do Bangalore. Można tu w końcu nadać paczkę do domu, wymienić przeczytaną książkę, sprawdzić maile, kupić lokalną kartę SIM czy wykonać tani telefon do znajomych. Dzięki takim miejscom jak to, podróżowanie po Indiach staje się nieco łatwiejsze.
Paharganj jest na wskroś indyjski. Wieże minaretów przeplatają się z kopułami świątyń hinduistycznych, a lokalna ludność nie różni się niczym od tej mieszkającej w innych częściach Delhi. Mimo to, dzielnica nie ma najlepszej opinii wśród samych Indusów. Znajomi z klasy średniej nie zaglądają tu jeśli nie muszą. Inni patrzą ze współczuciem, kiedy przyznaję gdzie mieszkam. 

W styczniu w tej okolicy zgwałcono 51 letnią Dunkę. Latem zeszłego roku, w jednym z hotelowych pokoi odnaleziono ciało starszej Brytyjki. Kilka lat temu na zatłoczonym targu wubuchła bomba zabijając kilka osób. Kronika kryminalna miała coś lżejszego w zeszłym tygodniu – obrabowano jeden ze sklepów jubilerskich w centrum. Jak się okazało, włamywacze dostali się do niego podkopem z pobliskiego hotelu Prio Hariko. Przez tydzień mieszkali w pokoju na parterze i kopali tunel, przechodząc pod oddzielajcym je sklepem z pamiątkami i ścieżką.
Jak w całych Indiach, mieszkają tu brud i bieda. Przygotowując się do Igrzysk Wspólnoty Narodów w 2010 r. po głównej ulicy przejechały się buldożery poszerzając ją o kilka metrów i zostawiajac wrażenie że dopiero co skończyła się jakaś wojna. Sterty starych warzyw, papierowe tacki, a nawet plastikowe torby zjadają krowy, jakby tylko im zależało na utrzymaniu czystości. Po deszczu po ulicy płynie czarna breja, obrzydliwie przelewając się przez sandały. Miesza sie zapach aromatycznych kadzideł, smak ostrych przypraw i tępy odór moczu.
Bieda nie jest jednak apatyczna i bierna. Czasem jest natarczywa i przerażająca. Potrafi jak troje obdartych dzieci iść za tobą dzisiątki metrów albo wyciągnąć ku twarzy trędowatą dłoń, nie wiadmo w geście prośby czy groźby. Częściej jednak jest niezłomna i dumna. Jak młodzi chłopcy sprzedający całą noc kilka papierosów i herbatę, riksiarz, który kluczy po uliczkch nocą z nadzieją na szczęściliwy kurs za 50 rupii.  
Obecność turystów i freaków z całego świata ściągnęła tu najróżniejszych naciągaczy i oszustów. Na głównej ulicy, Main Bazaar, kręcą się zawodowi żebracy, handlarze haszyszem, pseudowróżbici, przebierani „święci” mędrcowie. Może dlatego, niektórzy turyści nie lubią Delhi.






Zaledwie kilkaset metrów na południe znajduje się centralny plac Delhi – Connaught Place (znane też w skrócie jako CP), gdzie czynsze najmu powierzchni użytkowej plasują się w pierwszej dwudziestce najdroższych na świecie. Eksluzywne butiki i restauracje, międzynardowe sieciówki jak Starbucks czy Pizza Hut, odmalowane na biało fasady kolonialnych budynków ustawione w trzy równoległe kręgi otaczające centralny park z ciągle zieloną i pięknie przyciętą trawą mają być wizytówką Delhi. Inny świat.






Co ty tu robisz? – zapytał mnie wczoraj młody Hindus przed bankomatem w bocznej uliczce Paharganju – idź lepiej na CP. Tutaj jesteś pomiędzy, w połowie między Nowym a Starym Delhi, czyli nigdzie – doradzał mi z pełną szczerością. Za  małego drinka w jakimś lokalu w CP zapłaciłbym więcej niż za nocleg na Paharganj, za nocleg w hotelu przy CP, na Paharganju mógłbym żyć cały miesiąc.

Zawsze lubiłem Paharganj i myślałem, że to są te prawdziwe Indie. Oczywiście, prawdziwe są obie wersje. I wydaje się że to Paharganj odchodzi do przeszłosci, a przyszłość będzie wyglądać tak jak CP. Póki co, w sensie ekonomiczno-społecznym Indie są właśnie „pomiędzy”. Ale... to jeszcze trochę potrwa. Warto więc jeszcze skorzystać i przejść przez tę bramę Indii. 


środa, 12 lutego 2014

Złote Pola Kolar

Jakieś 140 lat zanim my trafiliśmy do Koral Gold Fields na północnym krańcu stanu Tamilnadu, dotarł tam niejaki Michael Lavalle, irlandzki żołnierz, powracający z wojny z Maorysami z Nowej Zelandii. Przyciągnęła go żądza złota i legenda miejsca, które wysyłało szlachetny kruszec  już do starożytnego Rzymu i miast Cywilizacji Doliny Indusu, średniowiecznego imperium Vijayanagary i muzułmańskiego władcy Mysoru. Teraz, uzyskawszy pozwolenie od lokalnego rządu, Lavalle zastąpił tradycyjną metodę wydobycia odkrywkowego przez kopalnię głębinową i zbudował pierwszy szyb.


Okazało się, że głęboko pod ziemią istotnie kryją się duże złoża. Lavalle stał się bogatym człowiekiem, chociaż sam szybko odsprzedał swoją koncesję. W regionie zaczęła się gorączka złota przyciągająca nowych brytyjskich inwestorów, inżynierów i awanturników, jak również rzesze niewykwalifikowanych pracowników z południowych Indii.
   


Wkrótce Brytyjczycy przejęli całkowicie wydobycie złota i stworzyli sobie tutaj „małą Anglię” – z charakterystycznymi willami, kościółkami, klubem towarzyskim a nawet polem do golfa. Zaczął się też okres świetności miasta. KGF- jak w skrócie jest nazywane to miejsce – było trzecim miastem w Indiach, do którego doprowadzono prąd, po Darjeeling i Kalkucie. Szybko też zbudowano tu kolej, aby ułatwić wywóz drogocennego kruszcu i dowozić niezbędne materiały do kopalń. Pod koniec XIX wieku KGF zasłynęło też najgłębszym w Azji i trzecim najgłębszym szybem w kopalni na świecie.























Złoto z KGF stanowiło ważne źródło dochodu Imperium Brytyjskiego i odegrało istotną rolę w finansowaniu wysiłku wojennego Wielkiej Brytanii w trakcie drugiej wojny światowej. Po wojnie i odzyskaniu niepodległości przez Indie, kopalnie przejęło młode państwo a wydobycie powierzono przedsiębiorstwu państwowemu Bharat Gold Mines Limited. Przez kilka dekad KGF było ważnym źródłem złota dla zakochanych w biżuterii Indusów. W sumie z tego miejsca wydobyto aż 1000 ton złota. Miało to także swą cenę. Przez pierwszy wiek istnienia kopalń pod ziemią zginęło ponad 6000 górników. Co ciekawe, podobne niebezpieczeństwa pracy pod ziemią, niezależnie od kraju, powodują potrzebę szukania opieki w siłach wyższych. Patronką okolicznych górników została Święta Maria Matka od Kopalń (choć nie św. Barbara jak w Polsce).























Z biegiem lat jednak, z wnętrza ziemi wydobywano coraz mniej złota, a cały obszar coraz bardziej podupadał. Jak każdy piękny sen o bogactwie, tak też ten się skończył, kiedy kopalnie ostatecznie zamknięto w 2001 r. Podziemne korytarze i tunele ciągnące się głęboko pod ziemią na całym wielkim obszarze zostały zalane wodą, a infrastruktura naziemna – opuszczona. Następne imperium chyliło się ku upadkowi.


Większość mieszkańców, pozbawiona pracy musiała wyjechać, a z liczącej ponad 300 tysięcy mieszkańców okolicy KGF skurczył się do niecałych 100 tysięcy. Ci co zostali, musieli znaleźć sobie nowe zajęcie lub codziennie dojeżdżają do pracy do oddalonego o 100 km Bangalore. Ponoć niektórzy szukają jeszcze szczęścia, przegrzebując ręcznie hałdy szlamu powstałego przez dekady z wypłukiwania złota. A że wiele składników chemicznych używanych do tego procesu było trujących, przypłacają to zdrowiem lub życiem. Niektórzy żyją tylko nadzieją, że kopalnie znowu zostaną otwarte.

Miejsce jest faktycznie dość niezwykłe i nierealne. Wygląda jakby ludzie wyszli dopiero kilka dni wcześniej i często nie zdążyli nawet zamknąć drzwi. Na dość sporym obszarze płaskowyżu porozrzucane są stare brytyjskie bungalowy i wille, małe kościółki jakby żywcem przeniesione z hrabstwa Yorkshire i zardzewiałe szyby zuchwale drapiące błękitne niebo. Zamknięte szkoły, biura i magazyny, niszczejące po cichu i dostojnie, pokazują, że najlepsze lata już minęły. Tak dziwna dla Indii pustka i przestrzeń zapewnia nie tylko wyprawę w czasie ale i w przestrzeni. Wystarczy jednak pojechać kilkaset metrów dalej, poza niewidoczną granicę dawnej kopalni, aby znowu wpaść w gorące i duszne objęcia współczesnych Indii.




Zamknięte kopalnie nie przypominają jednak postindustrialnego Śląska a raczej krajobraz po rozwiązanych PGRach polskiej wsi. Przejeżdżające w oddali dzieci na rowerach, kobieta zamiatająca przed jednym z domów, tłum zbierający się pod wieczór przy prowizorycznym ołtarzyku Ganesza wskazują, że jednak miejsce nie zostało całkiem opuszczone. Część dawnych pracowników zamieszkała w porzuconych budynkach czekając na ponowny zwrot historii. Wydaje się, że mogą mieć rację. W zeszłym roku rząd Indii zapowiedział, że kopalnie złota ponownie zostaną otwarte. Może wiec to wszystko znowu odżyje...