Nie ma jednej opowieści o Indiach, bo nie ma jednych Indii. Tak jak w buddyjskiej historii o ślepcach i słoniu, w zależności od tego z którą częścią tego ogromnego kraju się zetkniesz, możesz dać o nim zupełnie inne świadectwo. Wszystkie będą równo prawdziwe, albo tak samo fałszywe. Tutaj znajdziesz naszą prawdziwo - fałszywą wersję Indii, widzianych przez pryzmat Delhi gdzie mieszkaliśmy prawie przez rok w 2012/2013. I gdzie czasem wracamy.
niedziela, 12 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
Komponowanie na stole
Posiłki w Indiach to prawdziwa uczta dla zmysłów i wyrafinowana sztuka łączenia dań. Nie tylko buzia i brzuch się cieszą ale też oczy, nos, i dłonie - je się niemal wszystko bez użycia sztućców, prawa ręka wystarczy. Ważne są więc nie tylko smaki ale też kolory, konsystencja oraz zasady dobierania przystawek do poszczególnych dań, a to nie od razu jest takie oczywiste co z czym się je. Ryż i chlebki w rodzaju: chapati, nany, parathy to podstawa w północnoindyjskiej kuchni jak u nas ziemniaki. Do tego dania typu curry podawane są razem z tymi bez sosów. Uzupełniają to pikantne pikle, sałatki w rodzaju cebula w plasterkach, często jogurt lub gęsty kefir dla ochłody lub raita oraz chutneye - czyli rozmaite ostre mieszanki warzyw, owoców, przypraw np ze zmielonej świeżej kolendry lub mięty, kokosa, chilli, pomidorów i cebuli ( jest wielka ilość rodzajów). Na stole pojawia się więc armia miseczek i to zawsze zachwyca jak się uzupełniają, podkręcają smaki. Po jakimś czasie zaczyna się zauważać zasady, że np do biryani (danie z ryżu z mięsem lub warzywami) zawsze podana zastanie raita czyli jogurt z drobno pokrojonymi warzywkami np ogórkiem, cebulą, świeżą kolendrą i przyprawami. A do masali dosy (południowoindyjski naleśnik z nadzieniem np z ziemniaków) dostaniemy sambar (pikantna zupa) chutney: biały ze świeżego kokosa, czerwony z pomidorów i cebuli i kolejny w pięknym zielonym kolorze chyba z kolendry i kokosa itd. Głównym posiłkiem jest kolacja. Poprzedza ją często tyle przekąsek - jeśli się jest na przyjęciu - że trudno znaleźć miejsce na główne dania i obowiązkowy deser. Wpadliśmy w tę pułapkę kilka razy na początku:-) dopóki nie nauczyliśmy się, że te kebabiki (mielone mięso mocno przyprawione z rusztu) z sosikami, ser paneer w przyprawach na gorąco, pakora czyli warzywa w cieście smażone czy orzechy z surowymi warzywami to tylko wstęp do właściwego ucztowania, które potrafi się przciągnąć :-)
niedziela, 28 kwietnia 2013
Indyjskie wesele
Udało nam się w końcu zobaczyć tradycyjne indyjskie wesele. Zostaliśmy zaproszeni do Allahabadu na ślub naszego znajomego - młodego naukowca mieszkającego w Delhi. Małżeństwo jak większość w Indiach aranżowane przez rodziny. Państwo młodzi zostali dobrani pod względem: pochodzenia z odpowiedniej kasty, wykształcenia (oboje z doktoratem), statusu społecznego, astrologicznym! (bardzo istotne). No i poza tym dobry chłopak był na wydaniu i dobra dziewczyna również. Rodziny spotykały się i dogadywały szczegóły a przyszli małżonkowie spotkali się około 5 razy i uznali.... że chcą razem zacząć nowe życie i ich rodziny dokonały dobrego wyboru.
Nie wiedzielismy do końca czego się spodziewać, jak ubrać i zachować a wcześniejsze "dochodzenie" wśród znajomych nie w pełni się sprawdziło:-)
W końcu w różnych częściach Indii tradycje są inne.
Uczestniczyliśmy tylko jedną noc w zaślubinach, które trwają kilka dni - a to i tak uproszczona wersja dostosowana do współczesnych czasów. Wielość rytuałów i poszczególne etapy zastały skrócone np. czas kiedy oboje nie wychodzą z domów nasmarowani kurkumą - na znak oczyszczenia przed ślubem. Jako goście Pana Młodego zaczęliśmy wieczór od pochodu jego rodziny i znajomych wśród latarni niesionych oraz ciągniętych przy mocnych rytmach muzyki ze specjalnego wozu pomieszanych z orkiestrą. Goście tańczyli po drodze a w upalną noc wymaga to nie lada kondycji. Pochód zmierzał do miejsca w którym miała odbyć się seria rytuałów, wesele - nie przypominające w niczym zachodniego. Nie byliśmy też w stanie przewidzieć co będzie się działo za chwilę:-)
Po długich etapach spędzonych w osobnych grupach gości, specjalnej pudży odprawionej nad przyszłym małżonkiem, Pan Młody i Panna Młoda spotkali się na scenie gdzie wymienili się wieńcami kwiatów. Następnie wszyscy robili sobie z nimi zdjęcia co trwało trochę wziąwszy pod uwagę ilość zaproszonych. Po czym udali się na kolację a my posadzeni zostaliśmy z Parą Młodą przy stole i dobrze pilnowani żeby niczego nam na talerzu nie brakowało:-) Właściwie wkrótce potem część gości pożegnała się i wyszła więc myśleliśmy że uroczystość i zabawa dobiegają końca. O jak bardzo się myliliśmy:-) Udaliśmy się na przerwę z dozwoloną drzemką, przebraniem się itp. Znowu towarzyszyliśmy Panu Młodemu, który zmienił strój na lżejszy i powróciliśmy na miejsce weselne wiedząc że będzie jeszcze jakiś rytuał z ogniem. Nie wiedzieliśmy tylko że będzie on trwał... kilka godzin i że to najważniejsza część zaślubin i dla nas też najciekawsza.
Przy recytowanych przez bramina słowach Upaniszady wzywającego planety, bogów i wszelkie siły dla dobra pary odbywały się złożone rytuały w otoczeniu rodzin. Przekazywanie symboliczne Panny Młodej z jednej rodziny do drugiej było bardzo wzruszające. Ojciec podtrzymywał jej rękę, którą trzymał Pan Młody, mama wspierała. Najstarszy brat polewał wodą muszlę położoną w dłoniach Pary Młodej. Jak się dowiedzieliśmy nigdy później wg tradycji brat nie może dotknąć siostry.
Członkowie rodzin, którzy wcześniej pościli aby się przygotować do tego, obmyli stopy Młodej Parze. Było też chodzenie siedem razy wokół ognia i wiele innych czynności przy użyciu olejków, kadzideł, pożywienia, pieniędzy. Niemal każdy z krewnych miał swoją rolę i to ich wsparcie było wspaniałe.
Około 4 nad ranem - podobno szczęśliwej godzinie zakończyła się uroczystość i żona miała udać się już do domu męża po raz pierwszy.
Następnego dnia spotkaliśmy świeżo- poślubionego uśmiechniętego choć zmęczonego po kilku dniach tak intensywnych. Zapytaliśmy jak się czuje czy jest szczęśliwy? Był bardzo zadowolony, spokojny i mówił nam jak bardzo chwali sobie tę tradycję. Wymienił nam też wiele zalet aranżowanego małżeństwa, które jak twierdzi jest absolutnie w zgodzie z wolą młodych i jest tak pomyślane żeby szczęśliwie weszli na nową drogę.
Nie mogłam tylko wydobyć z niego czy jest podekscytowany tą zmianą w życiu. Myślę że w tej tradycji nie tak ważne są emocje co bardziej racjonalne nastawienie i poczucie że to dobry czas, dobra osoba wybrana przez wspierającą rodzinę.
Młodzi małżonkowie zamieszkają sami w Delhi, gdzie rozwijać będą swoją naukową karierę a nie tradycyjnie z rodziną męża.
Nie wiedzielismy do końca czego się spodziewać, jak ubrać i zachować a wcześniejsze "dochodzenie" wśród znajomych nie w pełni się sprawdziło:-)
W końcu w różnych częściach Indii tradycje są inne.
Uczestniczyliśmy tylko jedną noc w zaślubinach, które trwają kilka dni - a to i tak uproszczona wersja dostosowana do współczesnych czasów. Wielość rytuałów i poszczególne etapy zastały skrócone np. czas kiedy oboje nie wychodzą z domów nasmarowani kurkumą - na znak oczyszczenia przed ślubem. Jako goście Pana Młodego zaczęliśmy wieczór od pochodu jego rodziny i znajomych wśród latarni niesionych oraz ciągniętych przy mocnych rytmach muzyki ze specjalnego wozu pomieszanych z orkiestrą. Goście tańczyli po drodze a w upalną noc wymaga to nie lada kondycji. Pochód zmierzał do miejsca w którym miała odbyć się seria rytuałów, wesele - nie przypominające w niczym zachodniego. Nie byliśmy też w stanie przewidzieć co będzie się działo za chwilę:-)
Po długich etapach spędzonych w osobnych grupach gości, specjalnej pudży odprawionej nad przyszłym małżonkiem, Pan Młody i Panna Młoda spotkali się na scenie gdzie wymienili się wieńcami kwiatów. Następnie wszyscy robili sobie z nimi zdjęcia co trwało trochę wziąwszy pod uwagę ilość zaproszonych. Po czym udali się na kolację a my posadzeni zostaliśmy z Parą Młodą przy stole i dobrze pilnowani żeby niczego nam na talerzu nie brakowało:-) Właściwie wkrótce potem część gości pożegnała się i wyszła więc myśleliśmy że uroczystość i zabawa dobiegają końca. O jak bardzo się myliliśmy:-) Udaliśmy się na przerwę z dozwoloną drzemką, przebraniem się itp. Znowu towarzyszyliśmy Panu Młodemu, który zmienił strój na lżejszy i powróciliśmy na miejsce weselne wiedząc że będzie jeszcze jakiś rytuał z ogniem. Nie wiedzieliśmy tylko że będzie on trwał... kilka godzin i że to najważniejsza część zaślubin i dla nas też najciekawsza.
Przy recytowanych przez bramina słowach Upaniszady wzywającego planety, bogów i wszelkie siły dla dobra pary odbywały się złożone rytuały w otoczeniu rodzin. Przekazywanie symboliczne Panny Młodej z jednej rodziny do drugiej było bardzo wzruszające. Ojciec podtrzymywał jej rękę, którą trzymał Pan Młody, mama wspierała. Najstarszy brat polewał wodą muszlę położoną w dłoniach Pary Młodej. Jak się dowiedzieliśmy nigdy później wg tradycji brat nie może dotknąć siostry.
Członkowie rodzin, którzy wcześniej pościli aby się przygotować do tego, obmyli stopy Młodej Parze. Było też chodzenie siedem razy wokół ognia i wiele innych czynności przy użyciu olejków, kadzideł, pożywienia, pieniędzy. Niemal każdy z krewnych miał swoją rolę i to ich wsparcie było wspaniałe.
Około 4 nad ranem - podobno szczęśliwej godzinie zakończyła się uroczystość i żona miała udać się już do domu męża po raz pierwszy.
Następnego dnia spotkaliśmy świeżo- poślubionego uśmiechniętego choć zmęczonego po kilku dniach tak intensywnych. Zapytaliśmy jak się czuje czy jest szczęśliwy? Był bardzo zadowolony, spokojny i mówił nam jak bardzo chwali sobie tę tradycję. Wymienił nam też wiele zalet aranżowanego małżeństwa, które jak twierdzi jest absolutnie w zgodzie z wolą młodych i jest tak pomyślane żeby szczęśliwie weszli na nową drogę.
Nie mogłam tylko wydobyć z niego czy jest podekscytowany tą zmianą w życiu. Myślę że w tej tradycji nie tak ważne są emocje co bardziej racjonalne nastawienie i poczucie że to dobry czas, dobra osoba wybrana przez wspierającą rodzinę.
Młodzi małżonkowie zamieszkają sami w Delhi, gdzie rozwijać będą swoją naukową karierę a nie tradycyjnie z rodziną męża.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Sesja zdjęciowa Nah-nu w Indiach
To był bardzo intensywny i zabawny dzień. Pomagaliśmy naszym gościom w poszukiwaniu plenerów do sesji zdjęciowej nowej kolekcji ubrań zaprojektowanych przez Kasię. Wybraliśmy się najpierw na Dili Hut - przyjemny targ z rękodziełem z całych Indii. Ubrane w sukienki Nah-nu przechadzałyśmy się między stoiskami i udawałyśmy, że coś kupujemy, Łukasz robił zdjęcia a Pat odciągał sprzedawców pytając ich o jakieś odległe przedmioty żeby nie wchodzili w kadr:-) Następnie pojechaliśmy do Lodi Garden - najpiękniejszego parku w Delhi i goniliśmy światło zachodzącego słońca. Akcja była efektowna i efektywna. Kasia przebierała się zręcznie w niełatwych warunkach, Łukasz tylko zmieniał obiektywy a Pat pokazywał kolejne dobre miejsca i rozśmieszał modelkę. Ubiory prezentowały się świetnie na tle zabytkowych monumentów, niezwykłych drzew. To część sesji, którą Kasia i Łukasz realizowali w podróży przez Azję. Można ją zobaczyć na stronie: http://www.nah-nu.com/index.php?id=199
czwartek, 18 kwietnia 2013
Multi-Kulti
Jednym z głównych
bogactw Indii jest ich religijna różnorodność, wieloetniczny i wielokulturowy
charakter. Cieszy mnie widok kobiet w sari, panów w turbanach, ciemniejszych
twarzy osób z południa czy skośne oczy imigrantów z północnego-wschodu.
Konstytucja Indii uznaje 22 języki za urzędowe, a liczba używanych dialektów
przekracza tysiąc. Język malajalam z Kerali należący do rodziny języków
drawidyjskich ma więcej wspólnego z językiem w Malezji czy Singapurze, niż z
hindi na pólnocy kraju.
![]() |
| Pudża w świątyni Śiwy |
![]() |
| Śpiewy w świątyni Wisznu |
Oprócz 80% wyznawców
hinduizmu, w Indiach mieszka ok 180 milionów muzułmanów, ponad 20 milionów
sikhów i chrześcijan, znaczące mniejszości buddystów, dżinistów, zoroastrian i bahaitów
razem z dużą populacją tradycyjnych plemion wyznajacych różne formy animizmu. Tylko w naszej małej dzielnicy można wybrać się do jednej z kilku świątyń hindusitycznych,
sikhijskiej gurudwary, meczetu, kościoła katolickiego czy świątyni dżinijskiej.
Poranny azan (muzułmańskie wezwanie na modlitwę) przeplata się z dzwonkami
budzącymi hinduskich bogów; śpiewy dobiegają z gurudwary. Różne zasady dotyczące
jedzenia potrafią skomplikować przygotowanie wspólnej kolacji dla znajomych. Religia
jest ważna. Często jednym z pierwszych pytań, jakie usłyszysz będzie: jakie
jest Twoje wyznanie.
![]() |
| Bahaistyczna Świątynia Lotosu w Delhi |
![]() |
| Meczet Fathapur w Old Delhi |
![]() |
| Wnętrze świątyni dżinijskiej w Delhi |
![]() |
| Wejście do gurudwary w Delhi |
Sam hinduizm jest tak
wewnętrznie różnorodny i podzielony, że stanowi świat sam w sobie. Mówi się, że
w Indiach mieszka 360 milionów bogów i pewnie tyle jest też odmian hinduizmu. Obok
wyznawców Wisznu czy Śiwy, są czciciele Kriszny czy Śakti (żeńskiej mocy);
jedni poszukują drogi do boga przez rytuały (pudże), inni przez pobożność
(bhakti), inni przez wiedze (dżniana) lub wewnętrzne praktyki (joga, tantra). W
hinduizmie nie ma żadnego papieża i pojęcia ortodoksji co daje pole do ciągłego
ewoluowania i zmian. Każdy guru majacy kilku uczniów może w zasadzie wprowadzić
własne zasady i stworzyć oddzielną sektę. Każde drzewo, rzeka lub góra może
zostać uznana za świętą i posłużyć za świątynię. Ktoś ostatnio zauważył nawet,
ze w Indiach jest więcej świątyń niż toalet.
![]() |
| Świątynia hinduistyczna Lakshmi Narayan w Delhi |
![]() |
| Świątynia hinduistyczna w Udajpurze |
![]() |
| Świątynia Kriszny w Delhi |
![]() |
| Drzewo-świątynia w Delhi |
Oczywiście nie zawsze
jest tak kolorowo i tolerancyjnie. Co kilka lat zdarzają się krwawe pogromy,
zwłaszcza między hindusami a muzułmanami, a niektóre grupy próbują wykorzystać
różnice religijne do załatwiania własnych interesów. Wyznawcy różnych religii
mieszkają często w innych dzielnicach gdzie najłatwiej mogą zachować swoją
tożsamość. Jednocześnie tworzą większą skomplikowaną mozaikę. Albo jak powtarza
znany polityk –pisarz Shashi Tharoor: „Indie to nie masala (jednorodna mieszanka),
ale thali, gdzie poszczególne potrawy zachowują swoją odrębność, ale sładają
się na jedno bogate danie”.
wtorek, 16 kwietnia 2013
Upał
No dobra, już wystarczy. Już nie musi być bardziej gorąco. Wystarczy 40 stopni. Powietrze na zewnątrz jak z suszarki, a w środku, w domu - bez klimatyzcji - jak w saunie. A wszyscy mówią, że to dopiero początek, luzik. Wiatrak osusza skórę ale i tak trzy razy prysznic w ciągu dnia to konieczność. Psy rozkopują ziemię i przyklejają się do niej byleby nie leżeć na betonie. Gdy wchodzę do sklepów zatrzymuję się przy lodówkach na dłużej. Jak odkręcę wodę na tarasie żeby przepłynęła strumykiem i odświeżyła klimat zlatują się ptaki żeby się napić, wiewiórki też są zainteresowane. Wszelkie działania lepiej wykonywać powoli, zużywając jak najmniej energii. Pomysły wypalają się zanim się zrealizują. Przestałam malować i gotować. Wieczorem gdy jest trochę przyjemniej na zewnątrz, ruszają do roboty...komary, głodne małe bestie. W mieszkaniu ściany oddają wtedy ciepło z całego dnia - czyli nie jest jednak tak przyjemnie. Nic się nie chce... nawet pisać na bloga:-)
czwartek, 11 kwietnia 2013
Ulica galerii
Mieliśmy ostatnio próbkę tego jak wygląda rynek sztuki współczesnej w Delhi. Trafiliśmy do zagłębia galerii w Lado Sarai. Zwykła niegdyś ulica, niemal prowincjonalna, zamieniła się w ciągu kilku lat w małe centrum życia artystycznego z galeriami ciągnącymi się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów drzwi w drzwi. W jednym dniu w miesiącu wszystkie jednocześnie organizują wernisaże. Pojechaliśmy zobaczyć więc jak to wygląda, co jest wystawiane, kto przychodzi. Zaskoczył nas na początek sznur samochodów i tłum ludzi w tej odległej od centrum dzielnicy. Widać, że to sprytnie pomyślane przedsięwzięcie - jednoczesne otwarcie wielu wystaw - cieszy się dużym zainteresowaniem. Daliśmy się więc "ponieść fali" płynącej od jednej galerii do drugiej. Ekspozycje różne w tematach i użytych mediach nie odbiegają za bardzo od tego, co można zobaczyć w Europie ale też nie wyróżniają się czymś szczególnym, co byłoby charakterystyczne dla twórców z Azji. Niewiele było prac mulitimedialnych. Przewijały się odniesienia do urbanistycznej przestrzeni. Poziom wystaw był różny. Wernisaże były zorganizowane profesjonalnie ale też na indyjskim luzie i powoli zamieniały się w towarzyskie spotkania ewidentnie stałych bywalców:-) Pytaliśmy w różnych galeriach kto jest ich klientami - przede wszystkim Hindusi - to rosnący rynek bogatych kolekcjonerów na razie kupujących głównie uznane nazwiska w indyjskiej sztuce.
Co za dużo to nie zawsze zdrowo:-) więc trzeba się było pilnować, bo katering był na kuszącym poziomie:-)
Co za dużo to nie zawsze zdrowo:-) więc trzeba się było pilnować, bo katering był na kuszącym poziomie:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)





.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)